Żubr Andrzej
pseudonim Jędruś

Andrzej Żubr urodził się w 1927 roku. Kapitan Wojska Polskiego, warszawiak, od 15 roku życia harcerz Szarych Szeregów - przyrzeczenie złożył 2 maja 1942 roku, w wigilię rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Od 1 sierpnia 1944, w wieku 17 lat, żołnierz Powstania Warszawskiego. Po kapitulacji Warszawy, ciężko rannego, wyciągnęli go z piwnicy Niemcy. Nie wiedząc, że pod gipsem chroniącym łokieć, ma konspiracyjną bibułę z rozkazem potwierdzającym odznaczenie Krzyżem Walecznych. Razem z nią, po odczytaniu rozkazu, już po kapitulacji powstania, dostał od swojego dowódcy złotą monetę – ostatni żołd. Od wczesnych lat 50., Andrzej Żubr jest mieszkańcem Świdnika. Ściągnęła go tutaj żona Maria.

- Pochodzę z rodziny wojskowych, gorących patriotów. Mój ojciec był legionistą, zawodowym żołnierzem i wykładowcą w Szkole Podchorążych Piechoty w miejscowości Ostrów Mazowiecka k/Warszawy. Mój pradziadek Franciszek był adoptowanym synem Joanny Żubr, sierżanta wojsk napoleońskich, pierwszej kobiety odznaczonej Krzyżem Virtuti Militari. Mocno zbeletryzowana historia Joanny i jej męża Macieja została opisana w powieści historycznej „Huragan” przez Władysława Gąsiorowskiego (1869-1939).

Wybuch II wojny światowej spowodował, że znalazłem się w internacie Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) w Warszawie. Organizacja ta była domem dla młodzieży i kuźnią „Szarych Szeregów” - przyszłych żołnierzy Armii Krajowej. Do tej młodzieży zaliczam się i ja.

W roku 1943 ukończyłem Gimnazjum Graficzne, a przedmioty takie jak historia, geografia, literatura, łacina uzupełniałem na tajnych kompletach. W tym samym roku, jako „Szary szeregowiec”, bogaty w doświadczenia małego sabotażu, złożyłem przysięgę i stałem się żołnierzem Armii Krajowej z przydziałem do komórki legalizacyjnej w strukturach Kedywu, gdzie moje umiejętności stosowania różnych technik graficznych, wynikające z mego przygotowania zawodowego, okazały się bardzo przydatne.

W roku 1944, mając 17 lat, biorę czynny udział w walkach powstania warszawskiego w plutonie łączności specjalnej (kanały), V oddział Komendy Głównej AK. Pod koniec sierpnia w czasie zmasowanego ognia nieprzyjaciela na broniące się śródmieście, zostaję ranny. Za udział w walkach, rozkazem Generała Bora, otrzymałem Krzyż Walecznych.

Po kapitulacji powstania, Niemcy wywożą mnie do obozu w głąb Niemiec: Stalag XI Alten Grabów k/ Magdeburga, Komando lazaret, nr jeniecki 47577. Komando lazaret oznaczało szpital przy obozie jenieckim. Miano mi amputować lewą rękę. Operował mnie Anglik, lekarz - również jeniec. Operacja się udała, mam nadal rękę. W czasie rekonwalescencji miał nade mną pieczę K. I. Gałczyński - poeta, jeniec w kampanii wrześniowej, który pełnił w szpitalu funkcję sanitariusza. Nigdy nie zapomnę ojcowskiej opieki Gałczyńskiego. To było spotkanie dwóch pokoleń walczących o tę samą ojczyznę. W roku 1945 do Magdeburga zbliżał się front. Od strony Belgii i Holandii ruszyła ofensywa. Wśród sprzymierzonych armii była brygada pancerna Generała Maczka. Uciekłem z obozu i z brygadą, jeszcze na froncie podążam przez 2 miesiące. A potem nastąpiła kapitulacja potężnej Rzeszy niemieckiej.

Po zakończeniu wojny, na terenie dywizji, w miejscowości Freren powstało liceum. Ukończyłem je w roku 1947 i wróciłem do kraju. Kiedy znalazłem się w domu, wśród swoich, otrzymałem instrukcję, jak należy rozpocząć drugą konspirację - w wolnej ojczyźnie, ale pod nową okupacją.

W roku 1947 stanąłem przed komisją poborową, w czasie oględzin lekarskich spytano mnie, skąd są te kontuzje. Odpowiedziałem, że w czasie okupacji w łapance ulicznej wywieziono mnie na przymusowe roboty do Niemiec i tam w czasie bombardowania zostałem ranny. Otrzymałem legitymację „Nie zdolny do służby wojskowej na stałe”. To był dla mnie bardzo ważny dokument. Od tego momentu mogłem już spokojnie, często zmieniać pracę i miejsce zameldowania.

W roku 1950 we Wrocławiu ożeniłem się z lublinianką, a na wieść, że w Świdniku powstaje nowy wielki zakład i można tam dostać pracę oraz mieszkanie, postanowiliśmy pojechać w rodzinne strony żony. Po rutynowej rozmowie w kadrach WSK otrzymałem angaż na pierwszego kierownika domu kultury. Był to taki sam barak jak inne, w których mieszkali budowniczowie osiedla i fabryki.

Była to społeczność z całej Polski i z różnych środowisk. Jedyną rozrywką były kioski z piwem, meliny z bimbrem oraz często krwawe bójki. W takich realiach zwykły barak stał się oazą kultury. Stopniowo zaczęły powstawać zespoły o różnych zainteresowaniach. Powstał chór mieszany, orkiestra dęta, która gra do dzisiaj jako Helicopters Brass Orchestra - zmieniali się jedynie muzycy i kapelmistrze. Powstał dziecięcy zespół „Bajka”, teatrzyk kukiełkowy, zespół rewelersów, zespół teatralny, tańca ludowego i zespół plastyczny - ten zespół sam prowadziłem. Do prowadzenia pozostałych zespołów zatrudniani byli instruktorzy z Teatru im. Osterwy, z lubelskiej operetki i filharmonii.

Przy współpracy z Lubelską Estradą, scenę świdnickiego Domu Kultury uświetniły swoimi występami wszystkie znane wówczas gwiazdy polskiej piosenki. M.in. był u nas piosenkarz francuski Yves Montand. Śpiewał w nowo wybudowanej hali fabrycznej dla całego społeczeństwa świdnickiego. Kiedyś bez uzgodnień pozwoliłem zespołowi amatorskiemu działającemu przy kościele w Mełgwii wystawić jasełka na scenie w Świdniku. Sala była pełna, ale ja zostałem zwolniony dyscyplinarnie. Zostałem aresztowany i przypomniano mi moją przeszłość. Więziony byłem na Zamku Lubelskim, a żonę z dziećmi wyrzucono do baraków na Franciszkowie. Po uwolnieniu mogłem dostać pracę pod warunkiem współpracy z UB. Brakowało na kaszę manną dla dzieci. Zacząłem chałturzyć, malowałem i sprzedawałem po wsiach.

Kiedy Władysław Gomułka po raz wtóry doszedł do władzy, zostałem zrehabilitowany, wygrałem sprawę w sądzie, otrzymałem pożyczkę na budowę domu i powróciłem do pracy - prowadziłem pracownię plastyczną w zakładzie. Ślady mojej działalności to projekt winiety do pierwszego wydania „Głosu Świdnika”, projekty sztandarów dla Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Świdniku oraz dla Szkoły Podstawowej nr 7 im. Żołnierzy AK, dla „Solidarności” w Świdniku, projekt pomnika „Solidarności”, który znajduje się przed biurowcem w zakładzie. Obecnie jestem emerytem.

Odznaczony zostałem Złotą Odznaką za Zasługi dla miasta st. Warszawy, wpisany do Wielkiej Encyklopedii Powstania Warszawskiego jako żołnierz odznaczony Krzyżem Walecznych w czasie walk, inwalida i jeniec wojenny, oficer harcmistrz. Jestem wiceprezesem koła SZŻAK w Świdniku, uhonorowanego przez radnych miejskich tytułem „Zasłużony dla miasta Świdnika” w 50 rocznicę nadania miastu praw miejskich.

Wysłuchał Piotr R. Jankowski

Jestem z Warszawy. Podczas okupacji, w czasie II wojny światowej, byłem w konspiracji. Moi rodzice zmarli w 1939 r., więc mieszkałem w internacie. Miałem jednak szczęście, ponieważ mogłem uczęszczać nie do szkoły, którą stworzyli dla Polaków Niemcy, gdzie uczono tylko liczenia do stu i pisania. Literatura, historia i geografia zostały pominięte, a oprócz niemieckiego nie było innych języków obcych.

Szkoły powszechne miały wtedy siedem klas. Ale młodzież, która miała dostęp do konspiracji, uzupełniała swoje wykształcenie na tajnych kompletach. Uczestniczyłem w tych kompletach, a kończąc VI klasę, byłem uważany za jednego ze zdolniejszych uczniów. Trzeba było pójść do gimnazjum, a ponieważ przejawiałem zdolności plastyczne, wybrałem gimnazjum graficzne, kierunek rysownictwo. Skończyłem je zanim wybuchło powstanie warszawskie.

W wieku 14 lat byłem już żołnierzem AK i brałem udział w powstaniu. Pracowałem w łączności przy Piątym Sztabie AK w Warszawie. W czasie trwania zrywu zostałem ranny. Po kapitulacji Powstania Warszawskiego zostałem wywieziony do obozu jeńców wojennych do stalagu w głąb Niemiec, do miejscowości Altengrabow niedaleko Magdeburga. Jako ranny znalazłem się w tym obozie w części szpitalnej, przeznaczonej dla jeńców wojennych. Obóz, do którego trafiłem, został przekształcony w obóz jeńców wszystkich narodowości walczących z Niemcami w II wojnie światowej, stając się międzynarodowym obozem jenieckim. I tam, w tej „lazaret comando”, bo tak to się nazywało, sanitariuszem był Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta. On był jeńcem 1939 roku. I nas jako jeńców tam dobijali. Byłem tak ranny, że postanowiono amputować mi rękę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze – ręka została. Poznałem jeszcze Fernandela, aktora francuskiego. Od niego nauczyłem się grać w tzw. bile – były to takie wielkie, drewniane kule, którymi rzucało się na placu.

Po zakończeniu wojny udało mi się uciec z obozu. Od strony Niderlandów szła armia. W jej składzie znalazła się pierwsza dywizja gen. Maczka. Dostałem się do tej dywizji i w niej służyłem jeszcze około trzy miesiące. Razem z dywizją szedłem frontem. Po wojnie stworzone zostało liceum dla młodych ludzi, którzy nie mieli wykształcenia. Dzięki temu nie obowiązywała nas nawet służba wartownicza. Kazali się nam tylko uczyć. Zrobiłem tam maturę w języku angielskim. Po zdemobilizowaniu stanąłem przed wyborem: wrócić do kraju czy wyjechać? Otrzymałem taką możliwość, że jakiekolwiek miejsce palcem na mapie, tam mogę pojechać. Będę miał zapewniony dojazd oraz pracę. Dostałbym wyprawkę, jaką dostaje żołnierz po przejściu do cywila: dwa garnitury, walizkę i żołd za dwa lata. Ale ja wybrałem Polskę i wróciłem w 1947 r. do kraju.
Najbliżsi mnie jednak ostrzegli. Miałem rodzinę we Wronkach i tam w dużym więzieniu pracował mój, dopiero co poznany szwagier. Było to więzienie przeznaczone przede wszystkim dla politycznych. Przestrzeżono mnie, jak mam się zachowywać, co mam robić, aby nie podpaść. I tak zaczęła się „konspiracja druga”. W takim systemie przyszło Polakom żyć i trzeba było nauczyć się radzić sobie w tym całym wielkim kotle. Pracowałem we Wrocławiu w liceum, gdzie dyrektorem był brat mojej późniejszej żony. Uczyła się we Wrocławiu i akurat u niego mieszkała. Poznaliśmy się, a po jej maturze i zdanym egzaminie na studia, pobraliśmy się.

Po kilku latach przyjechałem do Świdnika. Powstawał tu wielki zakład, tu była możliwość otrzymania szybkiego mieszkania i pracy. Nie bez znaczenia był również fakt, że blisko znajdowała się rodzina mojej żony. Tak się złożyło, że zostałem pracownikiem kultury w świdnickim Domu Kultury, do którego wtedy ludzie naprawdę się garnęli. Był tam zespół taneczny, w którego skład wchodziły żony pracowników oraz zespoły dziecięce, np. „Bajka”. Ludzie chętnie przychodzili. Była to jedyna przystań, gdzie spotykali się z piosenką i z dobrym słowem. Instruktorzy prowadzący zespoły, często zatrudniani byli z Teatru Osterwa, z którym często współpracowałem. W tamtym czasie przez scenę Domu Kultury przewinęły się wszystkie znane wówczas gwiazdy polskiej piosenki. Współpracowaliśmy z Estradą Lubelską. Posunęliśmy się tak daleko, że Ives Montaine, piosenkarz francuski, śpiewał na drugiej hali dla publiczności z całego miasta Świdnika (które wtedy tak naprawdę było jeszcze dziurą a nie miastem). Wystąpił u nas w czarnej koszuli, zawiniętych rękawach. To był sukces.

Drugą moją zasługą było uruchomienie w Domu Kultury jasełek, za które dostałem pierwszą krechę. Wtedy pierwszy raz podpadłem. Zespół przyszedł z kościoła w Mełgwi, ludzie stworzyli amatorską grupę i wystawiali jasełka. I tu, w Świdniku poszło to bez uzgodnień, i to właśnie było narażenie się. Pamiętam, że Teofil Nowosad, jeden z kolejnych kierowników, też podpadł, ponieważ był budowniczym pierwszego kościoła. Zbierał podpisy. W tamtych latach to było nie do pomyślenia. Taki człowiek jak on, od razu znalazł się na liście, jako wróg Polski Ludowej. Teofil Nowosad, bardzo utalentowany człowiek, grał i prowadził pierwszy zespół rewelersów, który tu mieliśmy.

Na tamte lata osiągnięcia były wielkie. Chęć ludzi do współpracy z nami pokazywała jak ważną placówką okazał się Dom Kultury. Jako grafik znalazłem się w pierwszym zespole redakcyjnym „Głosu Świdnika”. Projektowałem do niego pierwszą winietę, która po wielu latach uległa pewnej modernizacji. Tradycyjne elementy jednak pozostały.

Miałem też swój udział w wyborze herbu Świdnika. Przedstawiono nam 12 projektów, a jako argumenty za obecnym wizerunkiem herbu przedstawiłem przejrzystą trójbarwną szatę i skrzydlate „Ś” symbolizujące tradycje lotnicze Świdnika. Jestem również projektantem sztandaru miejskiego oraz sztandaru szkoły „siódemki”. Wspólnie z kolegami ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Świdniku, doprowadzaliśmy do tego, żeby ta szkoła miała imię Żołnierzy Armii Krajowej. Mieliśmy udział przy wykonaniu czołowej ściany. Projektowałem także pomnik solidarnościowy, który stoi w zakładzie, przed głównym budynkiem. Pozostanie ślad po mojej działalności. Mam również trzy córki, które wykształciłem. A do tego też potrzebny jest talent.

Później zostałem aresztowany. Musieli o mnie dużo wiedzieć, bo byłem zakonspirowanym „akowcem”. Niektórym nie pasowało, że bezpartyjny został szefem kultury. Powstało pytanie, jak on się tu dostał. Zwolnili mnie dyscyplinarnie z zakładu. Siedziałem trochę na Zamku Lubelskim. Później, jak Gomułka doszedł do władzy, po raz drugi zrehabilitowali mnie. Udało się. Wytoczyłem sprawę zakładowi za to, że mnie zwolnił bez konkretnego powodu. Jak oddałem sprawę do sądu, przedstawiciel zakładu powiedział, że dostał polecenie zwolnienia mnie z góry.

Zostałem zrehabilitowany wyrokiem sądu, więc powróciłem do pracy. Zakład wypłacił mi ekwiwalent. Nie mogli jednak zwrócić mi mieszkania (w czasie, kiedy siedziałem, moja żona z dziećmi została wyrzucona na baraki do Franciszkowa), ponieważ nie mieli. Dostałem za to pozwolenie na budowę domku jednorodzinnego przy lotnisku. Wziąłem pożyczkę i postawiłem domek.

W Domu Kultury pracowałem tylko jako instruktor, prowadzący dziecięcy zespół plastyczny. Uczyłem młodzież malować i rysować. „Mam na sumieniu” kilka osób, które ukończyły wyższe studia w tym kierunku i nawet tu mieszkają, np. Marysia Wołoszyńska. Dyrektorów Domu Kultury po mnie było chyba z dziesięciu i bardzo często zdarzało się, że podpadali u ówczesnych władz. Aż wreszcie wpadli na pomysł, że kierownikiem Domu Kultury został pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. Każdy był obstawiony, gdyż miał przy sobie tzw. „wtyczkę”. Trzeba było bardzo uważać, ale jakoś udało mi się, jestem, żyję.

Wysłuchały: Agnieszka Wójcik i Urszula Klimkiewicz

- W powstaniu byłem żołnierzem oddziału łączności specjalnej (kanały), którego zadaniem było utrzymywanie kontaktu między Komendą Główną Armii Krajowej, a oddziałami walczącymi w powstaniu. Naszym dowódcą była kobieta w stopniu majora, o pseudonimie Karaś. Głównymi szlakami komunikacyjnymi były kanały. Większość z nich miała 80 centymetrów wysokości. W porównaniu z nimi kanał pod Krakowskim Przedmieściem wyglądał jak promenada. W dodatku miały one eliptyczny kształt. Wystarczyło oprzeć się o śliską ścianę i lądowało się w cuchnącym rynsztoku. Nie ma co ukrywać, że służba była śmierdząca. Z powodu ciasnoty w kanałach, chętnie wyznaczano do zadań łącznościowych takich niskich kajtków, jak ja. Nie mieliśmy stałego miejsca stacjonowania. Przemieszczaliśmy się po Warszawie za Komendą Główną. Czasem pełniliśmy rolę przewodników dla osób przedzierających się kanałami. Nie byli to ludzie przypadkowi. W podziemnym ruchu panował porządek. Zawsze mieliśmy pisemny rozkaz określający kogo i dokąd mamy przeprowadzić. Z czasem, coraz większą część z nich stanowili ranni. Proszę sobie wyobrazić transportowanie krwawiących ludzi w szambie…

- W dniu wybuchu powstania, mimo młodego wieku, był Pan już wyszkolonym żołnierzem.

- Mieliśmy regularne szkolenia, w Kampinosie i w warunkach terenowych miasta. Byliśmy zaznajomieni z zasadami posługiwania się bronią i żołnierskim życiem w polu. Wykonywaliśmy zadania sabotażu, jeszcze przed wybuchem powstania. Niszczyliśmy wnętrza tramwajów oznaczonych tabliczkami Nur fur Deutsche, przebrani w mundury Hitlerjugend. Siedzących w kinie Niemców częstowaliśmy gazem powodującym rozstrój żołądka. Wiedzieliśmy, że godzina „W” zostanie ogłoszona. Nie wiedzieliśmy tylko kiedy.

- W jakich warunkach odniósł Pan rany?

- W ostatnich dniach powstania cofaliśmy się przed nacierającymi Niemcami. Dostałem serię postrzałów. W miednicę, głowę i łokieć. Poczułem słodycz w ustach i pogrążyłem się w różowej poświacie. Widziałem ją, czułem jej zapach i smak. Nie czułem cierpienia. Nagle sanitariuszki upuściły moje nosze na ulicę i poczułem okropny ból.

- Z co został Pan odznaczony Krzyżem Walecznych?

- Za akcję odblokowania kanałów dla powstańców wycofujących się ze Starego Miasta. Przez niemieckie pozycje przedarliśmy się do kanałów i przeszliśmy nimi do skrzyżowania ulic Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie. Tam otworzyliśmy zawór, którym ścieki spłynęły do Wisły, umożliwiając ewakuację.

- Pańskie losy po upadku powstawia nie były łatwe…

- Trafiłem do jenieckiego obozu Stalag XI A w Altengrabow pod Magdeburgiem. Dostałem numer 47577. Byłem ciężko ranny. Pamiętam, że w obozie przetaczano mi krew bezpośrednio od francuskiego żołnierza - jeńca wojennego. Warunki życia były fatalne, ale jeńcy rosyjscy mieli jeszcze gorzej. W ostatnich dniach powstania, Niemcy uznali oddziały Armii Krajowej za regularne wojsko. To zapewniło nam prawa kombatanckie, które respektowali, łącznie w wysłaniem danych pojmanych żołnierzy do siedziby Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie. Pobyt w stalagu miał też inne oblicza. Poznałem w nim Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który od września 1939 roku był sanitariuszem w szpitalnej części obozu i dla którego robiłem ilustracje do „Matki Boskiej Stalagów”. W obozie przebywał również francuski jeniec Fernandel, znany później jako aktor komediowy. Po wyzwoleniu obozu administrowała nim dywizja generała Maczka. Zostałem przewieziony do Anglii, gdzie poddano mnie operacji. Niestety bez powodzenia. Do tej pory nie mam lewego stawu łokciowego. Wróciłem więc do Altengrabow. Pozytywnym aspektem tej sytuacji była możliwość zdobycia matury w obozowej szkole, z której skorzystałem.

W Świdniku mieszkam od 1952 roku. Pracowałem jako pierwszy kierownik domu kultury. Niestety UB szybko dowiedział się o mojej przeszłości. Pamiętam sytuację, kiedy wraz z grupą pracowników WSK zapisałem się na studia w nowo powstałej Wyższej Szkole Inżynierskiej. W czasie któregoś z wykładów, profesor powiedział mi: niech pan już więcej na wykłady nie przychodzi. Wkrótce zostałem zwolniony z pracy i osadzony w więzieniu na Zamku Lubelskim. Wysiłki śledczych zmierzały głównie do zwerbowania mnie do pracy w służbach. Z więzienia wyszedłem z kartką umożliwiającą przejazd do Świdnika, po dojściu do władzy przez Władysława Gomułkę. Ale pracy nie mogłem znaleźć. Żeby przeżyć, jako absolwent gimnazjum plastycznego, wykonywałem plastyczną szmirę, którą handlowałem. Po wielu latach wygrałem sprawę w sądzie. O dziwo dopomógł mi radca prawny WSK, pan Jaroszyński, który reprezentował stronę pozwaną. Powiedział, że nie wie, z jakiego powodu zostałem wyrzucony z pracy. Byłem tą postawą bardzo zaskoczony, ponieważ jego zeznania były dla mnie bardzo korzystne. Dopiero potem dowiedziałem się, że on również w czasie wojny służył w Armii Krajowej.

Z WSK odszedłem w 1982 roku, w wieku 55 lat, korzystając z uprawnień inwalidy wojennego. Zakładałem świdnickie koło Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Zostało nas trzech pamiętających czasy wojny.

Jan Mazur

źródła:
relacje ustne
Głos Świdnika nr 32/2014