Olszewski Jan

Jan Olszewski (25.01.1913-20.06.2000 r.)
Urodził się kilkanaście miesięcy przed I wojną światową w Lublinie (wtedy jeszcze przez 3 lata była to wieś Bronowice) jego ojciec Leon był w tym czasie gajowym. Jednak młodość spędził w Kiwercach w dawnym województwie wołyńskim, gdzie jego ojciec otrzymał posadę urzędnika kolejowego (prawdopodobnie telegrafisty). Rodziców nie stać było na kształcenie dzieci (w sumie mieli ich jedenaścioro, a tylko jeden z braci zmarł w niemowlęctwie.) Edukacje zakończył na 6 klasowej szkole powszechnej. Choć wyróżniał się inteligencją nie znalazł się żaden promotor, który pokierowałby jego edukacją. Dlatego też po ukończeniu szkoły powszechnej już jako trzynastolatek podejmował się pracy zarobkowej m.in. w tartaku lub przy rozładunku wagonów, do czego predysponowała go duża siła fizyczna, a czego zazdrościli mu koledzy. Sam sobie konstruował przyrządy gimnastyczne, mył się często dla hartowania ciała w lodowatej wodzie. Przed kolegami popisywał się noszeniem na barku szyny od wąskotorówki. Widząc to sąsiad komentował to słowami: „Chłopoku, co ty robis, na stare lata to nawet łyski do zupy nie bedzies mógł podnieść”. Pierwsze przeszkolenie parawojskowe przeszedł w organizacji „Strzelec”.

Konkretny zawód: radiotelegrafisty zdobył jednak w Marynarce Wojennej (w Szkole Specjalistów Morskich, szkoła znajdowała się na starym zakupionym we Francji zdeklasowanym krążowniku pancerno-pokładowym zbudowanym w ostatnich latach XIX w. - „d’Entrecasteux”, który przemianowany został początkowo na „Władysława IV” a potem na „Bałtyk”- i stał na stałe zakotwiczony w Gdyni jako hulk mieszkalny i okręt reprezentacyjny), do której wstąpił jako ochotnik w 1931 r. Początkowo wyszkolony został na stersygnalistę. Szybko opanował tzw. „semafor”, czyli machanie chorągiewkami sygnalizacyjnymi. Szkolenie morskie odbywał m in. na starym torpedowcu „Podhalanin”. Z wymienianych przez Niego oficerów, których nazwisko utkwiło mi w pamięci wymieniał Borysa Karnickiego (później znanego dowódcę okrętów podwodnych). Jeden z oficerów, widząc dwóch bijących się na pokładzie marynarzy - jednym z nich był ojciec- kazał im się przeprosić. Ale żaden ani ojciec ani kolega nie przyznawał się do zaczepki. Wtedy kazał wziąć im do ręki karabiny i z wyciągniętymi prosto do góry rękami robić do skutku przysiady. Kto pierwszy „spuchnie” ten miał przeprosić kolegę. Po trzystu kilkudziesięciu przysiadach jego kolega musiał ustąpić. Ojciec często podpadał kolegom, szczególnie warszawiakom, bo mówił zbyt śpiewny akcentem wschodnim (później akcent zgubił) co prowokowało zaczepki i bójki. Raz w odwecie, nie mogąc pobić go na pięści, dwóch marynarzy zaczaiło się w zaułku z łomami i udało im się uszkodzić mu głowę. Sam nigdy nikogo nie zaczepiał, ale sprowokowany potrafił się skutecznie obronić przed innymi. W marynarce uprawiał różne sporty. Zdobył wicemistrzostwo marynarki w boksie (w swojej kategorii wagowej) i w strzelaniu z kbk.

Po nieco przedłużonej służbie w Marynarce Wojennej zwolnił się na własną prośbę i „zamustrował” na „Elemkę”. Wcześniej otrzymał propozycję na rejs dookoła świata jednego ze znanych podróżników (niestety nazwiska trudno teraz ustalić.).

W 1935-36 r. odbył 9-miesieczny rejs na 5-masztowym szkunerze „Elemka” o powierzchni żagli 2500 m2 na Morze Śródziemne (Egipt, Palestyna, Grecja a w powrotnej drodze również Norwegia). W wolnych chwilach grywał w swoim kubryku w brydża najczęściej w parze z drugim oficerem Dybkiem - znanym z kilku książek, m.in. „Dziękuję Ci Kapitanie”- z ucieczki z Dakaru w czasie II Wojny Światowej), lub uczniami Szkoły Morskiej (kilku z nich, spotkał później w pociągu na trasie Gdynia-Warszawa. Jeden z nich służył wtedy na dziesięciotysięczniku „Monte Cassino”. Z okazji tego nieoczekiwanego spotkania wypili po kilka butelek na głowę najpierw w przedziale, a potem w wagonie restauracyjnym. Był to jedyny raz jaki zapamiętałem, kiedy można było powiedzieć, że jest w stanie po spożyciu alkoholu. Kapitan Tadeusz Szczygielski w jednej ze swoich książek opisując ten jedyny rejs ww. szkunera w polskiej flocie również wspominał Jana Olszewskiego (bez wymieniania nazwiska), pisząc jak to zdenerwowany „drucik” przywiązując nogi i ręce do pompy ręcznej próbował ratować mocno napełniony wodą statek w sztormie na Zatoce Biskajskiej. A brakowało do zatonięcia tylko 20 centymetrów. Na szczęście w porę udało się uruchomić pompę spalinową i statek utrzymał się na wodzie. Inna sprawa, że przez prawie dwa tygodnie łączność z krajem została zerwana, a rodzice zamustrowanych 23 uczniów Szkoły Morskiej stracili nadzieje na odzyskanie dzieci. Po tym trudnym i nudnym rejsie, z którego w pamięci utkwiły mu: konieczność przebywania w wybudowanym dla niego kubryku na śródokręciu, i praktycznie 24–godzinna służba (a na półgodzinne wypady do miasta po zakupy, eskortowany był przez jednego z oficerów - z uwagi na obawę ucieczki, bo wcześniej w Aleksandrii niektórzy członkowie załogi zeszli na ląd i nie wrócili), a także konieczność wspinania się na 43 metrowy maszt przy silnym wietrze, celem naprawienia zerwanej anteny jak i brudne i cuchnące porty afrykańskie. Po tym rejsie pożegnał się z marynarką. Ostatnie trzy lata przed II Wojną Światową zamieszkiwał w Gdyni, zatrudniony na lotnisku w Rumii-Zagórzu jako radiotelegrafista a także nawigator przy obsłudze goniometru (przyrządu naprowadzającego samolot na wprost lądowiska). Praca nie była zbyt absorbująca a samoloty linii regularnych lądowały dwa razy w tygodniu, nie licząc samolotów nierejsowych. Do pracy przychodził co trzeci dzień na 24 godzinna służbę. W tym czasie mieszkał w Gdyni w dzielnicy Grabówek dzieląc pokój z kolegą z pracy meteorologiem p. Wierzbickim (po wojnie jednym z szefów Instytutu Meteorologicznego na Bielanach w Warszawie). Później tuż przed wojną mieszkał z siostrą Janiną w Rumii-Zagórzu wynajmując pokój u miejscowych Kaszubów.

W tym czasie odwiedzały go także młodsze siostry m. in. Jadwiga, Emilia i Józefa. Wszystkie były wtedy mieszkankami Świdnika. Najstarsza siostra Janina wróciła z Rumii do Świdnika na tydzień przed wojną.
Jednym z jego zmienników na lotnisku był Helmut Rykalski (w czasie wojny więzień wielu obozów koncentracyjnych, nieetatowy współpracownik polskiego wywiadu, w latach 70-tych w ramach łączenia rodzin wyemigrował z rodziną do Niemiec, bo jego żona z pochodzenia była Niemką a on sam obywatelem Wolnego Miasta Gdańska).
W wolnych chwilach dużo czytał, uzupełniając swoją wiedzę a także uczęszczając na wykłady akademickie jako wolny słuchacz. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem wojny powołany został do Marynarki Wojennej w tajnej mobilizacji.

Kampanię Wrześniową spędził w Dowództwie Marynarki Wojennej na Helu, początkowo przewidziany jako rezerwowa załoga kontrtorpedowca (niszczyciela) „Wicher”, który został zatopiony w porcie helskim już drugiego dnia wojny. Dobrze pamiętał trzydzieści dwa dni obrony Helu i codzienne bombardowania (nieraz po kilka nalotów dziennie). Już pierwszego dnia wojny nad ranem, gdy objął nocną służbę, otrzymał meldunek, otwartym tekstem z Westerplatte, mniej więcej tej treści: „Zostaliśmy zaatakowani przez Niemców, pilnie prosimy o wsparcie”. Dowódca nie będąc pewnym, czy nie jest to jakaś prowokacja, wystosował depeszę do obrońców Westerplatte, aby nadali meldunek w formie zakodowanej. Po tym, wiadomo było, że wojna rozpoczęła się na całego. Po zatopieniu w porcie helskim największego wówczas polskiego okrętu – stawiacza min „Gryf”, którego nadbudówki wystawały nad wodą, marynarze postanowili demontować co się da. Najpierw kilkadziesiąt osób uporało się z demontażem niektórych dział 130 mm i osadzili na lądzie jako stałą baterie. Innego dnia poszli z kolegami wytaszczyć beczki ze śledziami. W tym czasie rozpoczął się nalot. Po zrzuceniu bomb samoloty lotem koszącym na niskim pułapie rozpoczęły ostrzał nabrzeża portu z broni pokładowej. Szczęśliwie nikogo z marynarzy pocisk nie trafił.
Na początku października przewieziony został wraz z innymi jeńcami-marynarzami do Gdyni. Wstępna selekcja odbywała się barakach w Gdyni-Grabówku, przed wojną służących za kwatery dla polskich emigrantów wyjeżdżających do Ameryki. Tam został z grupą około 100 marynarzy, niezgodnie z Konwencją Genewską, aresztowany przez Gestapo za: „znęcanie się nad ludnością niemiecką” i przynależność do organizacji politycznej (Związek Zachodni). Podejrzewany był też o współpracę z polskim wywiadem, co było wtedy nieprawdą, bowiem współpracownikiem tym był jego kolega Rykalski. Z Gdyni został z innymi załadowany na samochód ciężarowy z uzbrojoną eskortą. Aresztowani nie znali miejsca przeznaczenia. Po wjechaniu do lasu był przekonany, że jadą na rozstrzelanie (co akurat w tym czasie miało często miejsce). Miał już w głowie opracowany plan ucieczki. Początkowo zakwaterowany został wraz z innymi aresztantami z Gdyni i Gdańska w obozie przejściowym w dawnych koszarach w Nowym Porcie, naprzeciwko Westerplatte. Pracował przy porządkowaniu terenu Westerplatte, gdzie m.in. kazano mu i innym więźniom wykopać mogiłę na szczątki obrońców z rozbitego bunkra. Gdy pojawił się jeden z oficerów niemieckich, oburzony, że tylko zbudowano jedną mogiłę, kazał więźniom usypać jeszcze kilkanaście podobnych. (chyba ze wstydu, że tylu Niemców zginęło a tu tylko jedna polska mogiła).
Z tamtego okresu zapamiętał też, jak jeden z podoficerów SS-manów w stopniu sierżanta, nieco podpity, któremu Jan nigdy nie zasalutował, ustawił go dla postrachu pod bunkrem i udawał, że zestrzeliwuje mu czapkę, strzelając tuż nad głową. Na szczęście kule go nie trafiły. Wielu jego kolegów miało mniej szczęścia, pod byle pretekstem byli zabijani. Ilość mogił na Westerplatte powiększyła się.

Po kilku tygodniach na początku stycznia 1940 r. został przerzucony do obozu koncentracyjnego Stutthof (Nr ewid. 7229). w Sztutowie, gdzie pracował jako więzień w różnych grupach roboczych (min. przy wyrębie lasu, gdzie przeniesienie pnia drzewa spoczywało na barkach 8-12 wycieńczonych więźniów).
Z rodziną przez dłuższy czas nie miał kontaktu. A kiedy w Adampolu pod Lublinem, gdzie mieszkali jego rodzice i siostry, pojawił się wypuszczony z niewoli marynarz, który z całą pewnością był przekonany, że znał Jana Olszewskiego w marynarce i był świadkiem jego śmierci, jego matka odpowiedziała krótko: „To nie możliwe, Janek nigdy by się nie dał zastrzelić”.
W obozie panował straszliwy głód, a w 1940 r. bardzo mroźna zima, co powodowało dużą śmiertelność więźniów, a teren był wilgotny, malaryczny. Na jednej drewnianej pryczy na garstce słomy, często zanieczyszczonymi fekaliami więźniów spało po 2 do 4 osoby. Prycze miały trzy kondygnacje. Co najmniej trzykrotnie był bliski śmierci. Raz wskutek dyzenterii (dwa tygodnie na ścisłej diecie, przy dużym odwodnieniu organizmu), drugi raz po skatowaniu na placu apelowym tzw. „koźle” (minimalna kara to dwadzieścia pięć batów na wypięte mocno pośladki ) za oddalenie się z miejsca pracy, niby za potrzebą fizjologiczną (była to pierwsza próba ucieczki) a po oraz trzeci, gdy przechodził silną grypę). Zdrowie, szczęście i optymizm go jednak nigdy nie opuszczało. Nawet w czasie mrozu nacierał się dla higieny i dla zahartowania organizmu śniegiem. Zdyscyplinowanie nabyte w marynarce, wyróżniało Go spośród więźniów. Więźniowie byli przy wychodzeniu z baraku na liczne apele (często wielogodzinne) bici grubymi pałami i batogami – na Niego wskazywali kaci mówiąc, żeby tak szybko i sprawnie należy wychodzić z baraku jak „marine”. Do końca pobytu w niewoli nie zdejmował munduru marynarskiego, z którego był bardzo dumny, choć inni koledzy marynarze, którzy tak jak On, wpadli w ręce Gestapo, woleli wtopić się w otoczenie i jak tylko nadarzyła się okazja, zamieniali mundury na ubrania cywilne. Inna sprawa: że już po pierwszej „dezynfekcji” Jego mundur mocno się skurczył (w silne mrozy podkładał pod mundur stary, zużyty papierowy worek po cemencie). Tych co brali się w obozie za naukę j. niemieckiego, często przekonywał, że jest to bezcelowe, „bo Niemcy długo w Polsce nie porządzą”.

Pod koniec 1940 r. podczas pobytu w Gdańsku na przesłuchaniu, włączony został na prośbę hausmajstra (szefa gospodarczego) Klewe, przedwojennego niemieckiego policjanta (którego żona byłą z pochodzenia Polką i w 1945 zginęła z dziećmi na storpedowanym przez radziecki okręt podwodny „Gustloffie”), do grupy roboczej w gdańskim Gestapo i już do obozu nie wrócił, choć nadal pozostawał w jego ewidencji. Niemcy potrzebowali specjalistów z branż technicznych oraz silnych więźniów do cięższych prac przy obsłudze gmachu Gestapo (przy ul. Nowe Ogrody 27, po wojnie siedziba UB i MO, a ostatnio Policji – adres ten sam co przed wojną - i willi ważniejszych gestapowców). On pasował do tych robót z uwagi na jeszcze niezłą muskulaturę.
Więźniowie funkcyjni mieszkali w piwnicy w pomieszczeniu kotłowni, a pozostali aresztanci w celach. Znacznie poprawiło się Mu wyżywienie (zamiast zupy ze starej brukwi, gliniastego chleba z dużym dodatkiem trocin i czarnej niesłodzonej kawy niewiadomo z czego, paru gram marmolady z wytłoków buraczanych a i to w mikroskopijnych ilościach – zwykła dieta więzienna). Sprzątając cele miał możność przenoszenia grypsów między aresztantami z polskiego wywiadu (np. informacji co już wiedzą Niemcy i do czego mogą się przyznać a co zataić) i rozmowy z niektórymi Westerplatczykami (relację z Obronę Westerplatte opisał, z tego co mówił, w krótkim artykule w Gazecie Lubelskiej w 1944 lub 1945 r.).
Jeden z incydentów w Gestapo o mało nie skończył się dla Niego tragicznie. Mianowicie na widok kapo - przed wojną posła na Sejm Gdański, Teodora Maliszewskiego, okładającego pałką młodziutkich harcerzy polskich, którzy zostali czasowo zatrudnieni, a wcześniej aresztowanych przez Gestapo, do porządkowania gmachu - w zdenerwowaniu, krzyknął żeby zaprzestał tego robić. Kapo skierował pałkę w jego stronę. Tego było już za wiele. Jego krewki charakter przeważył. Wyrwał Maliszewskimu pałę i zadał kilka ciosów pięściami w głowę. Maliszewski trafił do lazaretu z wybitymi kilkoma zębami i połamana szczęką. Oficjalna wersja zdarzenia, która podał Niemcom była taka, że zsunęła mu się szafa pancerna na głowę, której rzekomo ojciec nie mógł na schodach utrzymać. Ale nawet w to nie uwierzył komendant Gestapo Helmut Tanzmann. Bo się na boku podpytywał zaufanego fryzjera więźnia (Niemca) jak go ten Olszewski „załatwił”. Fryzjer nie chciał jednak go wydać, a Maliszewskiego wcześniej ostrzegli współwięźniowie, że jak powie prawdę nie przeżyje jednej nocy (zostanie uduszony). Po wojnie Maliszewski trafił na kilka lat za kraty za wysługiwanie się Niemcom i nadgorliwość.
Pan Męclewski w swojej monografii o gdańskim Gestapo „Neugarten 27” dwukrotnie wspomina ojca, (choć błędnie podał rok ucieczki jako 1943).
Po nabraniu sił, w połowie 1941 r., ojciec uciekł z rąk Gestapo w miejscowości Somonino k/Kartuz gdzie został wysłany pod eskortą po ziemniaki wraz ze swoim kolegą-stoczniowcem z Gdyni, Ryszardem Gonerą, z pochodzenia Ślązakiem zamieszkałym na Kaszubach. Eskorta składała się tylko z trzech Niemców. Dwóch zostało powalonych pięściami, a trzeci zanim wycelował z karabinu, to zdążyli się już oddalić. Obawiając się pogoni z psami, często przemieszczali się brodząc po rzeczkach, czasem wchodząc na drzewa i skacząc do rzeki. Przydała mu się znajomość lektur młodzieżowych, w tym przygody Winnetou Karola Maya. Kolega Rysiek znał doskonale teren, choć pierwszy kontakt, był mocno niepewny, na terenie tym mieszkali również Niemcy. Podkradając się nocą pod wytypowane gospodarstwo, nie byli pewni czy dobrze trafią. Kontakt okazał się pewny i po nakarmieniu i ubraniu w nowe ciuchy po wielu perypetiach bez żadnych dokumentów przedostali się do Generalnej Guberni.
Problemem okazało się przejście kordonu oddzielającego Reich od Generalnej Guberni. Pierwsza próba przekroczenia granicznej rzeczki ze szmuglerami zakończyła się niepowodzeniem, po odebraniu żywności Niemcy rozgonili ich, a koledze, który władał poprawnie językiem niemieckim udało się uprosić u nadzorującego oficera o kawałek chleba i słoniny z zebranego stosu. Spróbowali więc innej drogi aby przejść prowizoryczną granicę, choć nie mieli przy sobie żadnych dokumentów. Ustalili, że pociąg, którym jechali na krótko zatrzymuje się na stacji granicznej a osoby podejrzane są wyprowadzane z pociągu na posterunek żandarmerii. Umówili się w ten sposób, że tuż przed kontrolą zamkną się w ubikacji i w odpowiednim momencie jeden z nich wyjdzie i odda się Niemcom, a drugi ukryje się za na wpół otwartymi drzwiami. A jak pociąg ruszy, to ten który wyjdzie na posterunku w odpowiednim momencie powali ochronę i wskoczy w biegu do pociągu a za rzeczką wyskoczą obaj i uciekną w las. Ustalili, że tym, który się odda Niemcom będzie ojciec. Obyło się jednak bez bijatyki, wystarczyło naprędce wymyślone usprawiedliwienie, że jest niedziela a na drugą stronę granicy udaje się na własny ślub i w roztargnieniu zostawił dokumenty w ubraniu roboczym.

Jeszcze raz trafił w podwarszawskim lesie na obławę, tym razem zorganizowaną przez grupę maruderów niemieckich, którym celem było obrabowanie z żywności i pieniędzy miejscowych przemytników.
Po dwu tygodniach dotarli do Warszawy, przekazywani z rąk do rąk przez życzliwych ludzi.
Po rozstaniu się z kolegą (który postanowił przebić się do Anglii, i który pod koniec wojny został pod Nowym Sączem aresztowany ponownie przez Gestapo i zamordowany w 1945, tuż przed tzw. „wyzwoleniem”) ukrywał się w Adampolu (obecnie dzielnica Świdnika) i okolicach na Franciszkowie u siostry Eleonory i w innych wsiach, gdzie zamieszkiwali Jego rodzice i większość najbliższej rodziny). W Adampolu pojawił się najprawdopodobniej w czerwcu lub lipcu 1941 r. (ok. 2-3 tygodnie trwała podróż z Somonina do Warszawy, a w Warszawie i prawdopodobnie Piasecznie k/W-wy , gdzie mieszała jego siostra Janina z mężem Janem Nesterukiem, który był zawiadowcą stacji przebywał ponad miesiąc. W Warszawie też o mało nie wpadł w kocioł na ul. Emilii Plater, gdzie przez kilka dni ukrywał się u żony przedwojennego pułkownika, który zginął w Kampanii Wrześniowej - większość mieszkańców kamienicy płci męskiej został została wtedy aresztowana i wywieziona do obozów do Niemiec).

W 1943 r. ożenił się z Anną Modelską, której ojciec ziemianin po wojnie z bolszewikami w 1920 r. sprzedał majątek ziemski w Michałowie, pow. siedlecki i przeniósł się do Adampola. Anna urodziła mu czwórkę dzieci (Jolanta-Urszula, Ewa-Maria, Marian-Włodzimierz, Zbigniew-Jan). Pierwsza córka umarła w wieku niemowlęcym w 1945 r.

Dwukrotnie władze niemieckie próbowały Go aresztować, ale udało mu się w porę uciec. Pierwszy raz, kiedy zamieszkiwał u teścia (nie przeszkadzało mu to że na górze ich willi kwaterowali niemieccy lotnicy-oficerowie z Luftwaffe). Na szczęście jego żona podsłuchała przez drzwi, że o niego pytają i zdążył uciec przez okno. Jako zakładnika żandarmi aresztowali jego ojca, ale dzięki tzw. "dojściom” (przez nauczyciela j. niemieckiego – tłumacza, brata pułkownika a później generała Mossora - znanego później z procesu stalinowskiego) i dużej łapówce zebranej przez rodzinę, wypuścili go na wolność.

Jeszcze wielokrotnie uciekał z łapanek. Któregoś dnia w Warszawie tuż po godzinie policyjnej szedł z dwoma walizkami wyrobów wędliniarskich, a naprzeciw pojawił się trzyosobowy patrol niemieckich żandarmów. Ubrany był w podgumowany szary prochowiec a na nogach miał tzw. „oficerki”, skórzane buty z wysoka cholewką i mógł jako blondyn być potraktowany za Niemca. Nie tracąc zimnej krwi śmiało wkroczył miedzy nich w taki sposób, że musieli się rozstąpić. Ze zdumienia zapomnieli spytać o dokumenty.
Innym razem w Dęblinie, w czasie łapanki, udało mu się wczołgać pod rampę i z towarem uciec w zboże.
W Radomiu, gdzie pojechał z córką przyjaciół z Warszawy, która pośredniczyła w zakupach tytoniu w Getcie, niemiecka obława otoczyła dworzec i nie było drogi ucieczki. Udało Mu się delikatnie wcisnąć walizkę pod siedzącego na ławce dworcowej polskiego kolejarza w mundurze, czytającego niemiecką gazetę, a sam udając jego kolegę siadł b. blisko niego i też udawał, że razem z nim czyta. Nikt jakoś szczęśliwie go nie wylegitymował, a kolejarze byli z uwagi na swoja profesję chronieni przed aresztowaniem. Na trasie do Warszawy dwa razy wyskakiwał w biegu z pociągu, bo wydawało Mu się, że zbyt długo Niemcy mu się przyglądają w czasie kontroli.
Któregoś razu jeden z kolegów z AK - przed wojną i w czasie wojny pracujący jako policjant - namówił go do jazdy z towarem na trasie Lublin-Warszawa w wagonie przeznaczonym dla Niemców. Umówili się, że usiądą w przedziale naprzeciw siebie przy oknie, udając, że się nie znają, a ojciec będzie udawał, że śpi. Niemcy raczej nie mieli w zwyczaju kontrolować wagonów „Nur fur Deutsche”. Sielanka skończyła się kilkanaście kilometrów od Warszawy. Do przedziału, w którym oprócz nich siedziało kilku wojskowych niemieckich wszedł sierżant z Banschutzu (ochrony kolei) z ręcznym karabinem maszynowym, otworzył okno, oparł nóżki rkm-u na stoliku i co jakiś czas strzelał do ludzi, którzy odbierali towar wyrzucany z okien polskich wagonów. Ojciec w pewnym momencie poczuł silne drżenie nóg, które z trudem opanował opierając dłonie o kolana. W każdej chwili Niemiec mógł go przecież sprawdzić co robi w niemieckim wagonie. Na szczęście, po kilku seriach, zareagował jeden z niemieckich oficerów, protestując, że nie może odpocząć. Banschutz, niezadowolony, przeniósł się do innego przedziału. Więcej razy jazdy w niemieckim wagonie ojciec nie próbował.

Innym razem wynajmował z żoną mieszkanie u Niemki (po cichu sprzyjającej Polakom, której syn też się ukrywał w pobliskiej wsi przed wcieleniem do Wermahtu, a do matki wpadał po nocach po żywność) pod Lublinem (może Dominów lub Kazimierzówka).
W Święta Bożego Narodzenia 1943/44 r. Niemcy otoczyli wieś w poszukiwaniu uciekinierów i osób podejrzanych, ta pani o nazwisku Miller (lub Mueller) wybroniła swoich lokatorów, wstawiając się u oficera, dając im jak najlepsze świadectwo, choć wiedziała, że ojciec nie ma stałego zatrudnienia. Wiele osób trafiło wtedy na Zamek w Lublinie, niektórzy wrócili z odmrożeniami, bo brali ludzi w piżamach i koszulach nocnych, w kapciach lub boso, inni młodzi nie wrócili nigdy.
W tym czasie głównym jego zajęciem był (zakazany przez Niemców) przemyt żywności ze wsi do miasta, aby wyżywić siebie i pomóc rodzinie. Żywność kupował w okolicznych wsiach a sprzedawał w Warszawie (gdzie ceny były 8-10- krotnie wyższe niż na wsi).

Do konspiracji w AK wciągnął go i jego kilka sióstr cioteczny brat (syn brata matki z d. Gwiazda) Kazimierz Gwiazda (sam w późniejszym okresie aresztowany na zamku w Lublinie, gdzie przebywał krótko - chyba kilka dni i został tam stracony). Świadkiem aresztowania był Jan Olszewski. Grupa, która przyszła aresztować Kazika Gwiazdę weszła od frontu, a ojciec stał z siekierką na podwórku i jak się zorientował, że to nie o niego chodzi, wolnym krokiem z tą siekierką pod pachą wyszedł przez bramę wolnym krokiem na ulicę).
Jan Olszewski przyjął pseudonim konspiracyjny „Orkan”. Niestety nie znana jest dokładna data wstąpienia do AK, ale było to chyba nie wcześniej niż w 1942 r.
jego komórka zajmowała się wywiadem (ciekawe, że AK nie wykorzystało jego zdolności w zakresie radiotelegrafii.) Bywał też i kontaktował się z komórką legalizacyjną, a także wraz z siostrami roznosił tzw. „bibułę” (biuletyny i ulotki opracowane przez AK). Pomagały mu w tym niektóre siostry. Na pewno jego siostra Emilia pracowała w czasie okupacji na lotnisku.
Broń – pistolet i amunicję - sam musiał sobie kupić na „Kercelaku” (duży bazar w Warszawie przy placu Kercelego). Jak jechał w trasę to czasami ukrywał go w książce „Mein kampf” Adolfa Hitlera, specjalnie w środku wydrążonej.
Pewnego razu idą na komórkę legalizacyjną o mało nie wpadł w tzw. „kocioł”, ale w porę ostrzegła go jedna z sióstr.
Innym razem w trakcie przewożenia meldunków do dowództwa, które znajdowało się w innej miejscowości, na dworcu w Świdniku, o mało co nie został zatrzymany wraz z dwoma kolegami przez patrol żandarmerii, którym towarzyszył przypadkowo zatrzymany przez Niemców uciekinier z pobliskiego Majdanka, a który otrzymał fałszywe dokumenty w ich komórce legalizacyjnej. Cała sprawa skończyła się ucieczką między wagonami i ogólną strzelaniną. W incydencie na stacji w Świdniku denuncjator, który prawdopodobnie wskazał jego i jego kolegów, był prowadzony przez dwóch żandarmów. Był to Żyd , który uciekł z Majdanka, a któremu AK wyrobiło lewe dokumenty. Najprawdopodobniej został zabity.
Prawie do końca był szeregowym członkiem AK. W 1944 r. Został nawet na krótko komendantem oddziału (gdyż większość starszych kolegów siedziało już w obozach bądź zostali rozstrzelani - jednak nabór nowych członków był trudny, a ze wschodu nadciągały już wojska radzieckie). Po ich wkroczeniu rozkaz o nominacji na dowódcę komórki wywiadu (?) zakopał w ogródku rodziców w zakorkowanej butelce. Nigdy go później nie odnalazł.
W czasie okupacji posługiwał się dokumentami z fałszywym nazwiskiem, najdłużej na nazwisko Jankowski.

Po oswobodzeniu wschodnich terenów Polski wstąpił do piechoty, początkowo jako pisarz batalionowy (stacjonował m.in. na terenie dawnego obozu koncentracyjnego na Majdanku w tych samych barakach co więźniowie kacetu), oraz tworzącego się batalionu morskiego, a następnie z uwagi na przygotowanie wojskowe (podoficer marynarki) oraz ogólną inteligencję skierowany został do szkoły oficerskiej. Po kilkumiesięcznym przeszkoleniu jako zastępca dowódcy batalionu zasilił rezerwy jednej z dywizji I Armii. Na dzień przed wymarszem na front zapadł na zdrowiu (powróciła silna grypa, którą uprzednio również złapał w Stutthofie) i po kilku dniach musiał gonić „autostopem” swój batalion, w którym był zastępcą dowódcy w stopniu podporucznika. Dogonił go w okolicach Bydgoszczy i Torunia. Na front jednak nie poszedł. Jego miejsce zostało już obsadzone przez innego oficera. W Bydgoszczy i został czasowo na kilka tygodni skierowany do pomocy grupie poszukującej gestapowców i SS-manów, a następnie zatrudniony w prasie, pełniąc kilka różnych funkcji. Dużo działał na polu społecznym narażając się mocno przełożonym.

Ojciec jego Leon, matka i trzy młodsze siostry (Jadwiga, Emilia i Maria) mieszkały w tedy czasowo w Bydgoszczy, gdzie ściągnął je Jan Olszewski. Ojciec zmarł i został pochowany w Bydgoszczy.

Po pierwszym, krótkim aresztowaniu - oficjalnie za nielegalnego posiadanie broni (co było prawdą, ale rewizja przeprowadza w mieszkaniu nic nie dała, bo jego matka dostała wcześniej ostrzeżenie od jednego z jego znajomych i wyniosła pistolet wraz a amunicją pod sukienką i w staniku dobrze ukrywając poza domem) - i wyrzuceniu z pracy w połowie 1947 r. (do przynależności do AK wolał się z przyczyn oczywistych nie przyznawać), przeniósł się do Warszawy.
Tam został namówiony przez przedwojennego kolegę z marynarki Czesława Błaszczaka (szefa operatorów pokładowych) do pracy w PLL „LOT” w charakterze radiooperatora pokładowego.
Od września 1947 r. latał na trasach krajowych a w okresach letnich w akcjach opylania lasów (rejon katowicki i lasy pomorskie). Ludzie, którzy obsługiwali urządzenia do rozpylania, byli mocno podtruwani, praktycznie pracowali bez zabezpieczeń, a i personel latający nieźle się tego świństwa nałykał, bo kabiny nie były zbyt szczelne. Latali w okresie czerwiec-lipiec lotem koszącym, pięć metrów nad koronami drzew, po kilka lotów dzienne, na samolotach Li-2 (licencyjny Douglas Dakota-3).
Latał najczęściej w załodze kpt. Włodzimierza Gedymina, świetnego pilota, (znanego z literatury pilota myśliwskiego z września a później w 1943-44 oficera startowego a akcji „Most-2” i „Most-3”: przerzut części rakiet V-2 na Dakocie do Brindisi) oraz Tadeusza Henzla (po wojnie porwanego przez dwóch osobników, skierować samolot na Zachód, na kanwie tego wydarzenia Janusz Meissner napisał książkę i scenariusz do filmu Leonarda Buczkowskiego „Sprawa pilota Maresza”).
W Warszawie osiadł na stałe.
Z uwagi na stan zdrowia po kilku latach (lekarz ze względu na słabe oko, nie zezwolił na dalsze latanie, choć może to był tylko pretekst, bo w tym czasie zaczęły się zwolnienia, byłych przedwojennych oficerów i podoficerów) w 1951 r. opuścił LOT i podejmował się różnych zajęć (m.in. w Ministerstwie Spraw Zagranicznych-jako radiotelegrafista, na Politechnice w Studium Wojskowym - przez jeden rok szkolił studentów, w handlu prywatnym, w zakładach elektronicznych ELPO, ”Gromada” i innych.) W międzyczasie uzupełnił wykształcenie, kończąc jako ekstern technikum ekonomiczne, a następnie studium pomaturalne z prawa.
Na zasłużona emeryturę odszedł w wieku 64 lat, wiele czasu poświęcając wychowaniu wnuków, grze w brydża i swojej prawdziwej pasji historii.

Historię Polski znał lepiej niż niejeden profesor akademicki. Czternastokrotnie był finalistą teleturnieju Wielka Gra (w tym 4-krotnie występował na wizji; w piątym na kilka dni przed śmiercią, jako 87 latek, już nie wystąpił, choć zdobył najwięcej punktów w eliminacjach i pojawił się mocno osłabiony w studio na ul. Woronicza w Warszawie). W telewizji występował w zasadzie dopiero po 1977 roku jak przeszedł na emeryturę (czyli w wieku 65 lat). Wcześniej zdarzało mu się startować w konkursach różnego rodzaju, z wiedzy ogólnej lub historii. Główne tematy teleturniejów to: Historia Polski, Historia Wojskowości, Polityka i podobne. Ostatnim z tematów był: „Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie w latach 1939-45”.

W wieku 80 lat, gdy wzrok mu się jeszcze pogorszył wpadł na pasach dla pieszych pod samochód osobowy klasy Mercedes (podobnie jak jego kapitan z „Elemki” T. Szczygielski), co skończyło się połamaniem nóg i paromiesięcznym leżeniu w łóżku.
Siedem lat później, tuż przed śmiercią udał się do szpitala na operację woreczka żółciowego. Operacja się udała, ale po 20 dniach nastąpiło nagłe załamanie zdrowia. W pamięci tych co Go znali pozostał osobą o niespożytej energii. Był niezrównanym polemistą, z wielką swadą broniącym swoich mocno ukształtowanych poglądów, zawsze stający po stronie słabszych i pokrzywdzonych. Był wspaniałym ojcem, w całości poświęcającym się dla rodziny.

--

Tekst autorstwa Mariana Olszewskiego, syna Jana, z którego zbiorów pochodzi również zdjęcie.